Cieszę się, że mam wreszcie okazję wypowiedzieć się krytycznie o kanonie lektur szkolnych. Nie czuję się bowiem godna krytykować wielkich dzieł literatury polskiej i światowej, ale uważam, iż mam prawo, a i sposobną po temu okazję, aby ustosunkować się do spisu szkolnych lektur.
Najgorsze, co może powodować u czytelnika lektura, to uczucie nudy. Lepsza jest już irytacja, bo z nią zazwyczaj idzie zaciekawienie - co też będzie jeszcze dalej, jak to się skończy? - natomiast nuda przy lekturze jest straszna. Ona właściwie uprawnia czytelnika do odłożenia pozycji na półkę i możliwie szybkiego zapomnienia o niej. Ale, niestety, nuda, jaka napada ucznia przy czytaniu szkolnych lektur, wcale nie jest wystarczającym uzasadnieniem, żeby dać sobie spokój z czytaniem danej książki. Trzeba się męczyć: ziewać, zasypiać, szczypać po policzkach, ale lektura musi być "przerobiona" (a propos, jakie to piękne określenie - "przerabianie lektury" - całe szczęście, że do większości dzieł wygasły już prawa autorskie i można je bez obaw przerabiać).
Zazwyczaj nudnej lektury zupełnie się nie pamięta. Proces zapominania jest gwałtowny i niepowstrzymany. Już w chwilę po zdaniu służbowej relacji na lekcji z naszych męczarni z radością stwierdzamy, że już nic, a nic nie pamiętamy z przeczytanej dopiero co lektury. Zgodnie z tą ogólną zasadą ciężko przytoczyć mi tu odpowiednią pozycję, która by mnie straszliwie znudziła. Ale mogę podać przykład całej epoki, która w szkolnym wydaniu jest drogą przez mękę.
Na wskroś nudną dla mnie epoką literacką z przerażająco nijakimi tekstami był barok. Nie widzę w nim żadnych charakterystycznych rysów, w literaturze proponowanej przez kanon lektur same nudy: jakieś dziwaczne w formie wiersze, które podobno są kunsztowne. Ja zaś uważam, że ich kunszt przerasta treść. To rodzi z początku niesmak, wszak jakieś elementarne poczucie estetyki ma każdy człowiek. Później zaś niesmak przeradza się w nudę. Każdy kolejny literacki utwór to sterta linijek, z których właściwie wystarczy przeczytać pierwszą i ostatnią, żeby wiedzieć o co idzie podmiotowi lirycznemu, zaś środek zajmuje może interesujący w baroku, ale dziś już śmiertelnie nużący kunszt. Zresztą i w samym baroku, ze względu na dziwne literackie maniery, teksty powszechnie uważane za arcydzieła sąsiadowały ze zwykłym kiczem i dla przeciętnego śmiertelnika dziś ten kunszt i kicz dzieli bardzo subtelna granica. Pamiętam bowiem przykład barokowego kiczu: "Cny młodziku,/ migdaliku,/ skowroneczku.../" itd. Fakt, makabra. Ale nie lepszy jest dla mnie w odbiorze wiersz Naborowskiego "Do Anny". Prawie każdy wers zaczyna się od słów "Z czasem". Nuda, jak w dalekobieżnym pociągu - "tutuk, tutuk, tutuk". I to tylko po to, by podmiot liryczny na końcu wyznał, że tytułową Annę kocha tak bardzo, że jego miłość z żadnym "czasem" nie przeminie. Jedynym usprawiedliwieniem takiej lektury może być nieznajomość w czasach baroku wynalazku kolei żelaznej.
Precz z nudą z listy szkolnych lektur! Albo podajmy uczniowi informacje o baroku w sposób interesujący, albo wytnijmy go z historii literatury (z tym wycinaniem, to oczywiście żart, ale trzeba przyznać, że historia już niejedno cięcie przeżyła prawie bez szwanku).
Znacznie lepsza niż nuda jest, moim zdaniem, irytacja w toku lektury. Ona przynajmniej zajmuje, absorbuje uwagę i nie pozwala się nudzić. Działa też rozwijająco na czytelnika. Utwierdza jego poglądy, kształtuje i hartuje światopogląd. Kto wie, czy irytacja w toku lektury nie jest bardziej społecznie pożytecznym uczuciem niż zachwyt. Irytacja rodzi bowiem chęć polemiki i krytyki. Natomiast zachwyt jest niekonstruktywny. Owszem, daje przyjemność, ale nie pobudza do myślenia, raczej skłania do kontemplacji.
W szkolnym kanonie lektur znajduje się kilka pozycji, które mnie irytują. Niektóre z nich budzą zaś zrazu zachwyt, ale zaraz potem irytację. Zachwyca się nimi dusza, irytuje się zdrowy rozsądek, który podpowiada raczej odrzucenie proponowanych przez lekturę systemów wartości. Do takich pozycji, budzących i zachwyt i irytację, należą "Dziady". Jestem praktycznym człowiekiem i uważam, że z końcem wieku XX powinniśmy już zerwać z romantycznym patrzeniem na świat. Zmieniły się realia. Upadł feudalizm i już nikt go nie pamięta, upadł komunizm i nie trzeba już z nikim walczyć, a nas się wciąż karmi romantyczną martyrologią. Rozum mówi: dość! Dziś nie czas na romantyczne szaleństwa, uniesienia, dramatyczne porywy, które mogą się choćby i potopem po nas zakończyć. Dziś trzeba myśleć trzeźwo, a do tego romantyzm i mesjanistyczne wizje pana Mickiewicza nie skłaniają. Dlatego budzą one we mnie irytację. Ileż można w końcu cierpieć za miliony? Może ktoś by się tych milionów zapytał, czy one sobie życzą takich poświęceń? Ale skąd! Wpaja się nam model przegranego romantycznego bohatera, którego rzuca kobieta, Pan Bóg ignoruje i nic właściwie mu się nie udaje. Czy aby na pewno jest to odpowiedni wzór dla dzisiejszej młodzieży? Rozsądek mówi, że nie.
Tymczasem estetycznej duszy się to podoba. "Dziady" są bardzo widowiskowe i takie... poetyckie. Bardzo lubię czy to teatralne, czy telewizyjne inscenizacje mickiewiczowskich "Dziadów". Wówczas dopiero widać ich siłę i niebywały rozmach. Jednak po pierwszym wrażeniu, którym jest zachwyt zrodzony pod wpływem mistrzostwa dzieła, rodzi się irytacja. Znowu "Dziady", Chrystus Narodów, wielki poeta, którego pieśni wyśpiewać głosem nie można, taka jej potęga i takie piękno, co go najbardziej kwiecisty język nie odda. Stop! A przynajmniej dla równowagi pokażmy coś bliższego ziemi i jej realiom. Tyle, że dla szkolnego kanonu lektur wyraźnie obrzydłe są rzeczy zwykłe, codzienne historie normalnych ludzi, którzy żyją, pracują, płacą podatki i kochają. Nawet słynny pozytywista Wokulski, którego można by stawiać za wzór, musiał skończyć jak romantyczny sztubak. Niestety, widmo romantyzmu krąży nad Rzecząpospolitą i nic nie wskazuje na to, żeby miało wkrótce ją opuścić. Może to i dobrze, bo urokliwe to widmo, a nie ma dziś, chwilowo, sprzyjających warunków do siania spustoszenia w młodych głowach.
Muszę przyznać, iż rzadko lektura budzi mój zachwyt. Nie popadajmy w egzaltację. Wystarczy, że lektura mi się podoba. Wiele znam takich, które wywołują u mnie miłe wspomnienia. Lecz jeśli już mowa ma być o zachwycie, to najbliżej zachwytu byłam czytając "Ferdydurke" Gombrowicza. Oczywiście nie całość dzieła mnie zachwycała. Za najlepsze partie powieści uważam fragmenty poświęcone lekcji języka polskiego. To jest po prostu piękne. Piękne, bo prawdziwe. Nie bójmy się przyznać, że czasem i współczesna szkoła przypomina gombrowiczowski opis. Ileż to razy wmawia się uczniowi, że Słowacki go zachwyca, kiedy on żadną siłą nie tylko zachwytu, ale i odrobiny sympatii wzbudzić w sobie nie może dla wieszcza. I męczą się wówczas wszyscy: uczeń i nauczyciel, a i wieszcz pewnie przewraca się w grobie. Dlatego uważam ten fragment "Ferdydurke" za jeden z najbardziej wartościowych tekstów, z jakimi zapoznałam się w szkole. Jest mi bardzo bliski, gdyż mówi o wciąż aktualnym i dotyczącym mnie bezpośrednio problemie. Taki właśnie powinien być cały kanon lektur: bliski uczniowi i jego problemom. Nie zagwarantuje to automatycznie zachwytu ucznia dla tak ułożonego spisu lektur. Jedno wszak jest prawie pewne - wyeliminuje to nudę ze szkolnych czytadeł. A to już będzie niemały sukces. 2
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiały przeznaczone wyłącznie do użytku osobistego. Publiczne udostępnianie w jakikolwiek sposób bez zgody podmiotu uprawnionego jest zabronione.