Kto przestaje rozwijać się, umiera

Skrzydlata myśl, ale tendencyjna. Tak sądzę. Łatwo bowiem rzucać hasła, trudniej rzucać celne hasła, a czasem nawet celne z pozoru hasło, po głębszej analizie, okazuje się wyłącznie pustosłowiem.

Dla mnie ten temat jest nazbyt optymistyczny i pokazuje tylko pół prawdy. Ja bym to wyraziła tymi słowy: "Kto przestaje się rozwijać, umiera, ale ten, kto się rozwija, wcale nie musi żyć". Przewrotne, nieprawdaż? Ale, wedle mnie, bliższe znacznie prawdy niż slogan "kto przestaje żyć, umiera".

Historycznie znane są filozoficzne poglądy idące dalej niż tytułowe stwierdzenie. Pewien niemiecki polityk w zeszłym stuleciu powiedział: "cel jest niczym, ruch jest wszystkim". Poszedł więc dalej. Nie rozwój, który przecież zawsze jest zjawiskiem celowym, bo nie można się rozwijać, nie mając wytkniętego celu, ale ruch, działanie uważał za najważniejsze w swoim życiu. Kto wie, czy nie reprezentował bardziej praktycznego stanowiska? Bowiem czymże jest rozwój? Rozwój to dążenie do czegoś. Proces rozwoju poprzedza wybór celu. Kiedy cel jest już wybrany i świeci jak słońce jasno, można rozpocząć rozwój, zmierzający do osiągnięcia tego celu. Dopóki wytknięty cel nie zostanie osiągnięty, stwierdzenie Bernsteina, bo o nim tu mowa, pokrywa się z naszym działaniem. Przed osiągnięciem celu mamy wszak głównie ruch, jakieś zmiany, działania. Owszem, można je nazywać rozwojem, ale to chyba jest lekko pochopne. Skąd bowiem pewność, czy rozwój doprowadzi nas do wybranego na początku celu? Takiej pewności być nie może. Jeśli nasz rozwój w którymś momencie spowoduje zrealizowanie celu, wówczas niewątpliwie był on zakładanym przez nas na wstępie naszych poczynań rozwojem. Jeśli natomiast tego celu nie osiąga, to należy sobie zadać pytanie, czy my tego celu jeszcze nie osiągnęliśmy, czy też nie osiągniemy go wcale. Jeśli pod wpływem takiej refleksji dojdziemy do przekonania, co w praktyce bardzo trudno jest ustalić, że jesteśmy bliżej celu niż na starcie, to nasze działania można uznać za rozwój. Jednak tu już zachodzi obawa, że to, co my optymistycznie uznajemy za rozwój, to nie rozwój, a po prostu błądzenie. Jeżeli zaś z przerażeniem stwierdzimy, że po jakimś okresie naszych usilnych działań cel miast być bliżej, oddalił się od nas, to na pewno nie jest rozwój, a zupełna porażka. I tutaj powróćmy do maksymy Bernsteina. Czyż nie prościej niż zakładać jakieś cele i planować jakiś rozwój, po prostu poświęcić się dowolnej działalności i właśnie działanie jako takie uznać za wartość samą w sobie? Nie ma wówczas obawy, że nam się nie uda. Nie ma strachu, że po całym życiu, wypełnionym żmudną pracą dojdziemy do przekonania, iż, niestety, nasz rozwój zawiódł nas nie tam, gdzie planowaliśmy. To podejście minimalistyczne, ale zgodne z prawami ekonomii: małe ryzyko, mały zysk. Tam zaś, gdzie ryzykuje się całym życiem, można całe życie wygrać, lub całe życie stracić.

W tym momencie wypada powrócić do mojej rozbudowanej wersji sentencji "kto przestaje się rozwijać, umiera, ale ten, kto się rozwija, w cale nie musi żyć". Zdaje się być prawdą, że kto zaprzestaje samorozwoju, wyrzeka się swych ideałów, ten traci urok życia. Istnienie takiej osoby z wolna staje się wegetacją, podobną do życia roślin. Brak wyższych potrzeb, brak jakichkolwiek celów, brak oczekiwań. Rzeczywiście, nie na to Bóg tchnął w człowieka duszę, aby ten swój unikalny dar marnował w taki sposób. O kimś takim można powiedzieć, że już za życia jest trupem. Szkolna literatura nie podaje prawie żadnych przykładów bohatera wegetującego. Dla takich postaci nie ma miejsca w kanonie lektur. Można się jednak z takimi ludźmi spotkać w prawdziwym życiu. I nie trzeba się będzie zbyt długo za nimi rozglądać. Wystarczy wyjść na ulicę i zadać przypadkowym przechodniom pytanie: co zamierza Pan/Pani jeszcze w życiu osiągnąć? Doprawdy, nie musi się być prorokiem, aby przepowiedzieć przeciętne odpowiedzi: lepszy samochód, własny dom, bardziej atrakcyjną pracę, niektórzy pewnie stwierdzą, że już niczego nie chcą osiągnąć, bo już mają wszystko, co mogą sobie wyobrazić - samodzielne dzieci, starego męża z gazetą i parę milionów emerytury. Tak, niestety, będzie. Mało kto odpowie, że chce zrobić jeszcze jakiś fakultet, napisać książkę lub wiersz, albo po prostu, że chce być lepszym człowiekiem. Taka jest nasza rzeczywistość.

Nieodparcie nasuwa się pytanie dlaczego otaczają nas ludzie o tak nikłych horyzontach i perspektywach? Odpowiedź brzmi: bo to są ludzie praktyczni. Oni wiedzą, że rozwój wcale nie gwarantuje prawdziwego życia, a zawsze wymaga pracy. Czasem więc lepiej mieć trochę wolnego czasu, niż się rozwijać i nie mieć z tego zgoła niczego. Bluźnię? Niezupełnie. Rzućmy okiem na literaturę. Taki Wokulski dla przykładu. Pozytywista kuty na cztery nogi. A jaki doskonały wzorzec człowieka, który się nieustannie rozwija. Poznajemy go jako subiekta u Hopfera, jednak ten ambitny młodzieniec nie zamierza spędzić życia jak jego serdeczny późniejszy przyjaciel i powiernik Rzecki na mierzeniu sukna, sprzedawaniu rękawiczek i nakręcaniu mechanicznych zabawek. Wokulski ma znacznie większe ambicje. Kiedy inni subiekci śpią, on się uczy, aby dostać się na uniwersytet. Drogą wielkich wyrzeczeń i poświęceń kończy studia i staje się człowiekiem wszechstronnie wykształconym. Czy to mu jednak wystarcza? Nie, wszak tylko rozwój gwarantuje prawdziwe życie. Rzuca się więc Wokulski w wir interesów, wie, że majątek gwarantuje niezależność. Dla tego celu gotów jest nawet wżenić się w kupiecką rodzinę, co nie było może wielkim krokiem naprzód w jego rozwoju, ale na pewno skutecznym narzędziem do realizacji jego planów.

Po śmierci Minclowej Wokulski dopiero rozwija skrzydła. W bajeczny (choć nie do końca moralny) sposób pomnaża zgromadzony przez żonę majątek na dostawach dla wojska podczas jednego z licznych bałkańskich konfliktów. Jednak bogactwo to nie kres rozwoju naszego bohatera. Kiedy jest już mądry i bogaty, a wciąż jeszcze stosunkowo młody i diabelnie przystojny, pragnie prawdziwej miłości. Lecz nie może to być jakieś plebejskie, sielankowe uczucie. To musi być miłość "rozwojowa", stanowiąca kolejne wyzwanie. I wkrótce poraża go takie uczucie. Swoją przyszłość widzi Wokulski w związku ze zubożałą arystokratką, głupiutką i próżną, ale piękną Izabelą Łęcką. Jak się ten romans kończy, każdy wie. Jak się kończą losy Wokulskiego, tego nie wie nikt, sam Prus chyba nawet dokładnie nie wiedział lub nie chciał wiedzieć. Jedno jest pewne - nieustanny rozwój nie zagwarantował Wokulskiemu szczęśliwego życia. A według mnie, człowiek naprawdę żyje tylko wtedy, kiedy jest szczęśliwy.

Nie ma mądrych... Kto przestaje się rozwijać, ten umiera. Kto się rozwija, ten w cale nie musi prawdziwie żyć. Jedno jest pewne: nieprędko ludzkość wymyśli hasło, które celnie opisze człowiecze życie. To dobrze. Bo skoro brak rozwoju powoduje społeczną śmierć (z czym też można byłoby polemizować), a rozwój nie gwarantuje życia, dobrze jest z pewnością wiedzieć, że roztrząsanie takich problemów gwarantuje jedno: mile spędzony czas. Na czymś w końcu trzeba się oprzeć...

(Bernsztein - jeden z twórców niemieckiej socjaldemokracji.)