Miłość w ustroju totalitarnym na podstawie "Roku 1984" Orwella

motto: "Wolność oznacza prawo twierdzenia, że dwa i dwa to cztery."

Najpierw należy sprostować nieco temat. W "Roku 1984" nie ma ustroju totalitarnego. Totalitaryzmy należą już do przeszłości. Narrator wyraźnie w kilku miejscach wspomina, że totalitaryzmy istniały w czasach hitlerowskich Niemiec i Związku Radzieckiego. Czasy te jednak minęły bezpowrotnie, nastał nowy ustrój, znacznie gorszy od historycznie znanych totalitaryzmów. Nazywał się angsocem, choć jest to nazwa z oficjalnej doktryny partii i niewiele mówi o jego socjologicznym kształcie.

Całe życie obywateli Pasa Startowego nr 1, dawnej Wielkiej Brytanii, znajdowało się pod czujnym nadzorem partii. Ludzie nieustannie śledzeni byli przez teleekrany, nawet podczas snu. Partia podawała gotową receptę na życie - od sposobu ubioru, poprzez przydział pracy aż do regulacji pożycia seksualnego i stosunków rodzinnych. Przez środki masowego przekazu nieustannie sączyła się oficjalna propaganda. Mimo że nietrudno było przekonać się o jej fałszywości i zakłamaniu, każdy święcie w nią wierzył; był to jeden ze skutków wprowadzonego przez partyjnych doktrynerów dwójmyślenia - pozwalało ono doskonale rozumieć fałsz i jednocześni przyjmować go za dobrą monetę, po uprzednim natychmiastowym zapomnieniu o tym, że jest on fałszem. Nikomu przez myśl nie przechodziło, że można próbować zmienić system, zbuntować się przeciw niemu. Brak takich myśli nie był związany tylko z faktem, że takie zachowanie stanowiło karaną surowo myślozbrodnię. Po prostu nikt nie wierzył w skuteczność jakiegokolwiek oporu. Partia tak zdominowała życie obywateli, że z każdym zarzewiem buntu, choćby tylko myślowego, mogła sobie bez trudu poradzić, a nieprawomyślnego osobnika potrafiła dosłownie wykreślić z rzeczywistości i historii.

W systemie angsocu nie było miejsca na tradycyjnie rozumianą miłość. Istniały małżeństwa, ale służyły one tylko po to, aby płodzić nowych członków partii. Partyjni małżonkowie nie mogli się kochać, specjalne komisje tak dobierały związki, aby o żadnym miłosnym afekcie nie mogło być mowy. Indoktrynacja sprawiała, że gorliwi działacze partyjni odczuwali do seksu niechęć, graniczącą z obrzydzeniem. Pożycie małżeńskie sprowadzali w swym narzuconym światopoglądzie do spełniania partyjnego obowiązku.

Jednak istniała oaza dawnych, prostych wartości. Tym azylem, gdzie mieściły się wszelkie wykreślone oficjalnie z życia partyjnych towarzyszy uczucia był świat proli - ubogich i uciśnionych warstw proletariatu. Prole byli nieoświeceni, stanowili najniższą warstwę społeczną. Bytowali sobie poza nakazami partii, zresztą partii w ogóle nie zależało na prawomyślności proli. Oni byli tanią siłą roboczą, stanowiącą około 85% społeczeństwa. Mieli być tylko powolni postanowieniom partii. Żyć zaś mogli, jak chcieli. Zawierali normalne małżeństwa, kochali się, nienawidzili, oddawali hazardowi, byli w miarę wolni, choć przeraźliwie ubodzy. W sposobie ich życia i przyzwyczajeniach przetrwał przedrewolucyjny świat.

Przedrewolucyjne odruchy i nawyki miały także jeszcze jedną siedzibę, kto wie, czy nie ważniejszą niż oficjalnie ignorowany świat proli. Były one zakorzenione w ludzkich genach i popędach. Winston, mimo że niewiele pamiętał z czasów rewolucji, miał nieodparte przeczucie, że kiedyś jedzenie było lepsze, ubrania ładniejsze, a świat był milszy człowiekowi. Ta tradycja płynęła w jego krwi, była genetycznym uwarunkowaniem tysięcy lat cywilizacji.

Dla partii bardzo niebezpieczną siłą, nad którą musiała zapanować, był popęd seksualny. Ludzie usatysfakcjonowani seksualnie nie poddają się łatwo manipulacji. Są zadowoleni, mają poczucie wartości swego życia, cechuje ich wyważona łagodność i brak nienawiści. Przez udane pożycie seksualne rozładowują w bezpieczny sposób swój nadmiar energii. Tymczasem partii zależało na tym, aby jej członkowie bezustannie tryskali energią, którą partia mogłaby wykorzystać do swoich celów. Dlatego wszelki seks dający radość i satysfakcję został przez partyjną propagandę potępiony i zakazany. Stan ten powodował niezdrowe podniecenie partyjnych towarzyszy i towarzyszek, którzy gdzieś musieli skanalizować energię swego niezaspokojonego popędu płciowego. Partia obracała tę niespożytą ludzką siłę na swoją korzyść. Celnie ujęła to zjawisko Julia, mówiąc: "Te ciągłe pochody, okrzyki, wymachiwanie flagami to po prostu oznaki niewyżycia seksualnego."

W takiej sytuacji naturalne zaspokajanie płciowych żądz było buntem wobec partii. narrator wyraża to wprost: "Udane spółkowanie było buntem." Stanowiło bowiem oczywisty wyraz przeciwstawienia się woli partii. Umniejszało jej wewnętrzną siłę, dowodziło, że partia jeszcze nie do końca panuje nad człowiekiem i jego życiem.

Miłość nie była już w Oceanii ważna. Nie stanowiła ona buntu. Nadto, była nie do wyobrażenia w partyjnych szeregach. Wartość posiadał sam seks. Był on ucieczką od rzeczywistości pełnej teleekranów, ukrytych mikrofonów i tajnych agentów. Seks dawał też poczucie, że świat nie jest taki, jak głosiła oficjalna propaganda. Nosił posmak zepsucia, a od tego partia w swoich szeregach odżegnywała się jak diabeł od święconej wody.

Dlatego Winstona i Julię połączył z początku czysty seks. Na nic więcej nie liczyli, jak tylko na odrobinę fizycznej przyjemności. Winstonowi podobało się nawet, że Julia miała przed nim wielu kochanków, gdyż to pozwalało mu żywić nadzieję, że w istocie partia przeżarta jest zepsuciem. Z lubością przekornego dziecka myślał o tym, że Julia: "[...] robiła to dziesiątki razy - pragnął, aby były to setki, tysiące. Wszystko, co miało posmak zepsucia, napawało go nadzieją."

Nie ukrywali, że chodzi im tylko o seks. Tak on, jak i ona chcieli wyłącznie fizycznej miłości, ich pożycie płciowe było wyłącznie manifestacją sprzeciwu przeciwko panującemu systemowi. Narrator mocno podkreśla polityczny aspekt ich seksualnego stosunku: "Uściski jego i Julii były walką; ich orgazm zwycięstwem. Ciosem zadanym partii. Udaną akcją polityczną."

Jednakże bardzo szybko bohaterowie przekonali się, że sam seks pozostawia niedosyt. Choć żadne z nich nigdy tego otwarcie nie wyznało, bardzo szybko zapałali do siebie uczuciem. Oni się po prostu pokochali, choć sami byli przekonani, że na miłość nie było w ich świecie miejsca. Jednak uczucie wybuchło między nimi z siłą, której nie była w stanie zmóc ani partyjna propaganda, ani świadomość niebezpieczeństwa, na jakie się narażają, ani hedonizm Julii, ani sceptycyzm Winstona. Pokochali się starą, przedrewolucyjną miłością, która nie była już buntem przeciw partii, jak ich pospieszne spółkowanie na leśnej polance. Ta miłość była ich naturalną potrzebą, rzeczą tak oczywistą, że aż trudno było im sobie wyobrazić, jak mogli żyć bez niej tyle lat. W tej miłości Winston i Julia znaleźli schronienie. Chociaż doskonale wiedzieli, że wykrycie ich zbrodniczego związku jest tylko kwestią czasu, za żadne skarby nie chcieli z niego zrezygnować. Dawał on im poczucie wolności i swoistej stabilizacji, nawet mimo świadomości, że była ona chwiejna i krótkotrwała. Doskonale przemianę ich związku oddaje fragment powieści: "Odkąd miesiąc temu poznał Julię, zmienił się charakter jego pożądania. Na początku w ich pieszczotach niewiele było prawdziwej zmysłowości. Kiedy kochali się po raz pierwszy, był to po prostu świadomy akt woli. Ale już po drugim razie wszystko się zmieniło. Zapach włosów Julii, smak jej ust, dotyk skóry stały się jakby częścią jego i jej świata. Dziewczyna wydawała mu się teraz fizycznie niezbędna; nie tylko jej pragnął - uważał, że ma do niej prawo."

Miłość, która początkowo objawiła się wybuchem fizycznych żądz, okazała się silniejsza niż angsoc. Choć nie trwała ona długo, chociaż kochankowie pod wpływem brutalnych praktyk Ministerstwa Miłości zdradzili siebie nawzajem, mimo że uczucie zostało brutalnie z ich serc wreszcie wyrwane, to przez pewien krótki czas byli szczęśliwi. Prawdziwie szczęśliwi, prostą przedrewolucyjną radością. I w tym momencie udało im się pokonać gorszy od totalitaryzmu ustrój angsocu.