Jakie zmiany wprowadził do powieści - scenariusza Jerzy Skolimowski i jakie osiągnął efekty?

Jerzy Skolimowski wprowadził w filmie "Thirty Door Key" znaczne zmiany w stosunku do powieści "Ferdydurke" Witolda Gombrowicza. O ich charakterze i rozmiarze świadczy choćby ten drobny fakt, że na afiszach informacyjnych nazwisko Skolimowskiego umieszczono obok nazwiska autora "Ferdydurke".

Część z wprowadzonych zmian miała niewątpliwie charakter komercyjny, związany z produkowaniem filmu wspólnie z zagraniczną wytwórnią, część była koniecznością, ze względu na pewne trudne do przezwyciężenia różnice między tworzywem literackim a filmowym, część wreszcie stanowi twórczy wkład Skolimowskiego w kształt dzieła Gombrowicza.

Idźmy więc za ustalonym wyżej porządkiem. Powieść Gombrowicza jest mocno osadzona w polskich realiach. Nie ma wątpliwości, że dzieje się w dużym polskim mieście, fragmenty jej akcji (opowiadanie "Filidor dzieckiem podszyty") z pewnością rozgrywają się w Warszawie. Na polskość realiów powieści wskazują zwłaszcza obszerne fragmenty lekcji języka polskiego, gdzie toczy się groteskowa dyskusja o znaczeniu twórczości Juliusza Słowackiego w historii polskiej literatury.

Tak mocno osadzony w polskich realiach utwór byłby niezrozumiały dla światowego widza, a przecież do niego głównie adresowany jest film Skolimowskiego. Rzecz to oczywista. Nie łudźmy się, że europejski kapitał zaangażowałby się w produkcję na wskroś polskiego dzieła. Dlatego polskie akcenty powieści Gombrowicza zostały spłaszczone. W zamian Skolimowski nadał filmowi ducha europejskiego, w wielu miejscach odwołując się do symboliki faszystowskiej, charakterystycznej dla przedwojennej Europy i ogólnie rozumianej w świecie.

Trzeba przyznać, że traci na tym dzieło Gombrowicza. Gubi się gdzieś ostrze jego satyry i ponadczasowa świeżość. Zostaje wyprane z lokalnego kolorytu, na rzecz ogólnoświatowej mozaiki barw, do których polski widz jest nazbyt mocno przyzwyczajony. Po ekranizacji dzieła Gombrowicza w wydaniu Skolimowskiego pozostaje pewien niedosyt. Brakuje doskonałej lekcji polskiego i świetnej satyry na polski system nauczania. Ale cóż, to są koszta, jakie ponosi się wchodząc w mariaż ze światową finansjerą. Dla nas wymowa gombrowiczowskiej lekcji polskiego jest oczywista. Wiemy, kim był Słowacki, doskonale rozumiemy tragedię Bladaczki wobec wszechogarniającej niemożności, sprowokowanej przez upór Gałkiewicza. Tymczasem dla szerokiego kręgu widzów niezaznajomionych z polską literaturą ten fragment byłby po prostu niezrozumiały. Bowiem niewiele osób, nawet w Europie, zna nazwisko naszego wieszcza, a co dopiero jego twórczość. Dlatego Skolimowski musiał z tego czysto rodzimego akcentu zrezygnować.

Mocne zmiany wprowadził reżyser do dwóch nowelek wplecionych przez Gombrowicza w tok właściwej narracji. Nie sposób wszak było oddać w dziele filmowym opowiadań "Filidor dzieckiem podszyty" i "Filibert dzieckiem podszyty" tak, jak uczynił to Gombrowicz - zupełnie wyodrębnionych z głównego toku narracji, opatrzonych własnymi, autorskimi wstępami. Umieszczenie tych dwu opowieści w ścisłym fabularnym związku z losami Józia spłyca filozoficzną wymowę obydwu opowiadań. Przecież Gombrowicz daje w nich wykład swojej filozofii na temat formy. W sferze ideologicznej wiążą się one z losami Józia, który walczy o własną, niezależną twarz - formę, którą mógłby uznać za swoją. Tymczasem w filmie Skolimowskiego obydwie nowele tracą swą pierwotną wymowę. Kto nie zna tekstu powieści, w ogóle nie spostrzeże ich głębokiego znaczenia, które nadał im Gombrowicz.

Pojedynek Filidora z anty-Filidorem odbywa się gdzieś zupełnie w tle akcji filmu. Z dzieła Skolimowskiego nie wynika, skąd wziął się spór między dwoma uczonymi, jaki miał przebieg, gdzie leżało jego sedno. Nie ma tutaj też puenty, którą umieścił Gombrowicz w finale opowiadania o "Filidorze dzieckiem podszytym". Natomiast, trzeba przyznać, że w filmie opowiadanie o Filidorze zręcznie łączy się z nowelą o Filibercie. Kula wystrzelona przez anty-Filiberta trafia widza meczu tenisowego, który to mecz jest już tłem opowieści o Filibercie. Niemniej, Skolimowski we fragmencie filmu opartym na motywie opowiadania o "Filibercie dzieckiem podszytym" również gubi puentę Gombrowicza. Obydwa opowiadania pozbawione są więc znaczenia, jakie nadał im Gombrowicz. Nie ma w nich już dziecinności, która łamie wszelkie stereotypy i nadęte formy. Został u Skolimowskiego tylko chaos, chaos, który w przeciwieństwie do powieści Gombrowicza, niczego w filmie nie obrazuje ani nie ma żadnego sensownego uzasadnienia.

Skolimowski pozwolił sobie zmienić zupełnie zakończenie powieści. Odszedł od finału Gombrowicza, który jest mocno pesymistyczny. Każdy przecież pamięta, że Józio, choć chciał nadać Zofii swoją gębę i w tym celu ją porwał, sam padł ofiarą kuzynki, która przyprawiła mu maskę romantycznego kochanka. Tak więc ucieczka z dworu wujostwa w objęcia kuzynki okazała się kolejną pułapką. Nieszczęsny Józio popadł z deszczu pod rynnę: znów nie był sobą, choć tak bardzo pragnął odnaleźć własną tożsamość. Tymczasem Skolimowski każe w finale powiedzieć Zofii: "Józiu, ty chyba wreszcie dojrzałeś". Kończy więc film optymistycznym akcentem - Józio odnalazł w miłości do kuzynki swój dojrzały wiek męski. To zakończenie zupełnie nie pasuje do ducha powieści Gombrowicza. Jest po prostu sztuczne. Doczepione na siłę. Nie uzasadnia go rozwój wypadków. Skolimowski prześciga w tym momencie mistrza Gombrowicza, gdyż Gombrowicz, mimo pozoru kompozycyjnego nieładu, kierował się w swej powieści prawdopodobieństwem i logicznym porządkiem łańcucha opisywanych wydarzeń.

Zupełnie nieuzasadnione jest, moim zdaniem, czynienie przez Skolimowskiego z postaci filmowego Józia samego Gombrowicza. Wskazuje na to finał filmu, gdzie bohater na łódce o wdzięcznym i znaczącym imieniu "Trans-atlantyk" uchodzi z napadniętego przez rozzuchwaloną służbę dworu, a ucieczka ta przerywana jest dokumentalnymi zdjęciami z kampanii wrześniowej. Skolimowski sugeruje więc, że Gombrowicz, podobnie jak Józio, uciekł przed wojną z Polski do bezpiecznej Argentyny. Tymczasem autor "Ferdydurke" nie mógł przypuszczać, że nie wróci już ze swej podróży do Argentyny, na którą całkiem przypadkiem zaprosił go kolega dziennikarz. Gombrowicz nie "unosił za granicę głowy". Opuścił Polskę zupełnie nieświadomy tego, że wybuch wojny nastąpi już za kilka tygodni. Któż zresztą wówczas spodziewał się tak rychłego jej wybuchu? Nawet Naczelne Dowództwo było nią zaskoczone, a cóż dopiero zwykli obywatele...

Niezależnie od historycznej prawdy o wyjeździe Gombrowicza z Europy, Skolimowski czyniąc z Józia samego autora "Ferdydurke", dopuścił się nadinterpretacji dzieła. I wcale nie wyszło to filmowi na dobre. Niczego taki finał nie wyjaśnia, niczego nie tłumaczy, ani nie wnosi niczego nowego w problematykę twórczości przedwojennego pisarza. Ba, dla osób które nie znają dokładnie życiorysu Gombrowicza jest to zakończenie zupełnie niezrozumiałe.

Tak więc zmiany, które wprowadził do dzieła Gombrowicza Skolimowski nie wyszły powieści na dobre. Została ona spłycona, pozbawiona części filozoficznego wyrazu oraz lokalnego kolorytu, przedstawione obrazy nadto są symboliczne, aby można je było zrozumieć bez wnikliwej znajomości tekstu Gombrowicza. Film jest zaledwie uzupełnieniem lektury, niezbyt zresztą udanym, bo ginie gdzieś u Skolimowskiego naczelny problem Gombrowicza - problem poszukiwania własnej tożsamości w świecie pup i gąb.

Jedyne, co udało się bezbłędnie Skolimowskiemu to przetłumaczenie tytułu powieści na angielski. "Thirty Door Key" jest po angielsku tak samo bezsensowne jak rodzime "Ferdydurke", zaś fonetyczna wymowa angielskiego tytułu, mocno zbliżona w brzmieniu do polskiego oryginału, powoduje, iż Skolimowski osiąga niezły efekt zaskoczenia widza, który siłą rzeczy próbuje odnosić "klucz do trzydzieściorga drzwi" do figlarnego "ferdydurke".