Tomasz Judym: Chcę panom przedstawić mój projekt podniesienia zdrowotności w Cisach...
dr Węglichowski: Słuchamy szanownego kolegi z całą uwagą.
TJ: Sądzę, że pierwszą rzeczą, jaka jest w Cisach do zrobienia, to osuszenie stawów w parku, które fatalnie wpływają na mikroklimat uzdrowiska. Ta stojąca woda w parku jest przyczyną szkodliwych wyziewów, a one bynajmniej nie wpływają korzystnie na kuracjuszy, którzy przyjeżdżają tu leczyć górne drogi oddechowe.
Pierwszy Członek Komisji: Rzeczywiście, słusznie, że Pan tę kwestię podniósł; moja żona, która tu jesienią była na turnusie, narzekała na mgły zalegające uzdrowisko, a wilgotność w powietrzu była ponoć taka, że się jej komputer w samochodzie zupełnie rozprogramował i serwis trzeba było wzywać.
TJ: Otóż to, moi panowie. Co zabójcze jest dla elektroniki nie służy również człowiekowi, który wcale nie jest bardziej odporny na chorobotwórczą wilgotność od komputera pokładowego.
Krzywosąd: Jakiż więc ma pan plan związany z tą sprawą? Zdradzi go pan wreszcie w szczegółach?
TJ: Właśnie ku temu zmierzam. Gdyby tak zlikwidować to rozlewisko w parku, cały problem byłby zniknął. Trzeba by podnieść lustro wody w rzece przed parkiem, w samym parku wybudować murowane, może nawet betonowe (jeśli chce się oszczędności, choć z punktu widzenia architektonicznego beton nie bardzo będzie pasował) koryto. Woda puszczona bystrym nurtem przez park nie będzie stała, nie będą w niej opadające liście gniły i klimat się znacznie poprawi.
Krzywosąd: To znaczy, że chce pan zlikwidować i rybny staw?
TJ: Nie ma wyjścia, trzeba go będzie znieść. Przecież Cisy to uzdrowisko, a nie rybia ferma.
Krzywosąd: Rybia ferma, też mi sobie! Ja wiem, że pan doktor studiował na Akademii Medycznej i ja jestem w stanie zrozumieć, że się pan nie za bardzo zna na ekonomii i wymogach wolnego rynku. Ale proszę łaskawie pana doktora, aby się pan nie mieszał w sprawy zarządu uzdrowiskiem. Czy pan wie, jaki ta rybia ferma, jak pan to ładnie określił, daje dochód? Czy sądzi pan, że bylibyśmy w stanie wyposażyć uzdrowisko w nowoczesny sprzęt zabiegowy tylko z opłat kuracjuszy? A od gminy już drugi rok nic nie dostajemy, choć nam pan burmistrz co rusz obiecuje jakieś dotacje. Mimo to uzdrowisko kwitnie i nieźle sobie radzi. Dlaczego? Bo zarabia na siebie, a pan chce mi tu źródła dochodu kasować.
TJ: Ja nie chcę niczego kasować, ja chcę tylko poprawy warunków zdrowotnych w Cisach...
Dr Węglichowski: Panie Tomaszu, pozwoli pan, że i ja coś powiem, przecież także jestem lekarzem. Uważam, że warunki zdrowotne w Cisach są jak najlepsze, proszę mi wierzyć.
Drugi Członek Komisji: Ma pan rację dyrektorze, świadczą o tym wyniki finansowe uzdrowiska. W zeszłym roku liczba klientów się podwoiła, poprawiła się rentowność przedsiębiorstwa i wzrosła wiarygodność kredytowa. Pewien szwajcarski bank gotów jest nam otworzyć linię kredytową, dzięki której będziemy w stanie wybudować w Cisach nowy kompleks hotelowo-rekreacyjny. Papiery nie kłamią. Cisy mają się dobrze, gdyby tak nie było, przynosiłyby straty.
TJ: Przecież Cisy to sanatorium, a nie złota kura. Tu się powinno liczyć dobro kuracjusza, a nie finansowy wynik!
Trzeci Członek Komisji: Młody przyjacielu, w jakich pan czasach żyje? Komunizm już się skończył i nie wróci. Dziś się liczy pieniądz, żywa gotówka. Sanatorium, to taki sam interes, jak każdy inny. A interes musi być dochodowy. Ile pan tu zarabiasz?
TJ: Ale przecież nie o tym mowa...
Trzeci Członek: No, ile, śmiało, my tu sami swoi.
TJ: 1500 plus prowizja od zysku.
Trzeci Członek: No widzisz kochanieńki, dostałbyś tyle w państwowym szpitalu?
TJ: Nie...
Trzeci Członek: A tu dostajesz. A dlaczego? Bo firma zarabia. A pan chcesz jej korzenie podcinać... Nieładnie! Jak pan chcesz podwyżki albo awansu, to wal pan śmiało, przedstawi się to na walnym zgromadzeniu, my chętnie inwestujemy w młodość. Ale i w rozsądek, rozumie pan?
TJ: Poniekąd, niemniej, ja właśnie dla dobra firmy, bo przecież jak osuszymy park, to poprawi się klimat i skuteczność leczenia i to przyciągnie najlepiej pacjentów, a jak się, nie daj Boże, nawinęłaby teraz kontrola sanepidu z województwa, to mogłoby być niewesoło...
Trzeci Członek: Niech się nam pan doktor o sanepid nie martwi. Ja z kierownikiem stacji razem na dziewczyny chodziłem, już tam on nam głowy nie urwie, nie ma obawy.
Drugi Członek: Jak mój przedmówca zauważył, wszystko jest w porządku, zresztą zeszłoroczna kontrola nie wykazała żadnych nieprawidłowości. A widzi pan, panie doktorze, tu się o duże pieniądze rozchodzi, zresztą sam pan dostaje prowizję od zysku, więc nie chciałby pan chyba go zmniejszać.
TJ: Ale kiedy mi chodzi o dobro pacjentów!
Dr Węglichowski: Panie Tomaszu! Toż się wreszcie zgadzamy. Przecież nam tu wszystkim najwięcej o to się rozchodzi. Ale nam tu nie trzeba rewolucji. Pomału, spokojnie, trzeba powołać rzeczoznawcę, kosztorysanta, wszystko trzeba zbadać, przemyśleć i przegłosować na walnym zgromadzeniu, nieprawdaż, panowie?
Pierwszy Członek: Dokładnie. Jak się walne zgromadzenie zgodzi, to się to umieści w planach inwestycji na przyszły rok obrachunkowy. Jak się udziałowcom nie spodoba, to trudno...
Trzeci Członek: Bo widzisz pan, na tym właśnie polega demokracja: głos większości, głosem wszystkich. Tu się nie ma co szczypać o drobnostki, panie doktorze. Im prędzej pan się tego nauczysz, tym dalej i wyżej zajdziesz, możesz pan mi wierzyć, ja już niejedno w życiu widziałem, pan młody jeszcze...
TJ: Rzeczywiście, panowie, teraz już rozumiem, na czym polega demokracja. Szkoda, że mnie panowie dopiero teraz uświadomili...
Trzeci Członek: No proszę! Od razu wiedziałem, że się z panem będzie można dogadać!
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiały przeznaczone wyłącznie do użytku osobistego. Publiczne udostępnianie w jakikolwiek sposób bez zgody podmiotu uprawnionego jest zabronione.