Konformiści i buntownicy - literackie portrety różnych epok

Świat jest zły, a wypełniają go ludzie, którzy tolerują to zło. Ktoś się zdziwi? Ktoś może sądzi inaczej? To dlaczego nerwowo rozgląda się, kiedy musi samemu iść w nocy przez puste miasto. Kogo się obawia? Duchów czy drugiego człowieka?

W każdym człowieku tkwi mały, przerażony rzeczywistością, która go otacza, biedny konformista. Niektórzy nazywają go instynktem samozachowawczym, ale nikt nie uchwycił granicy, gdzie instynkt przeżycia zamienia się w konformizm. Dlaczego na świecie jest tyle zła, krzywd i niesprawiedliwości? Przecież wychowuje się nas do szlachetności, stawia się za wzór kryształowe ideały. Co się z nimi dzieje, że świat od stuleci wciąż nurza się w bagnie ludzkiej krzywdy? Odpowiedź jest prosta: ten mały, biedny konformista, który pozwala nam obojętnie przejść obok żebraka, pomnożony przez miliony i miliardy ludzi na świecie powoduje, że nasza planeta to bagno. A nasz mały konformista, czający się gdzieś na dnie duszy każdego z nas, szepce cicho: "nie wychylaj się" i zadowala się jedynie tym, że lekko wystawiamy nozdrza ponad te trupie wody, aby się nimi nie udusić. Tylko tyle, ile trzeba, aby przeżyć. Dalej wynurzać się nie warto, zgodnie bowiem z regułą wahadła istnieje prawdopodobieństwo, że kto zanadto się z błota wynurzy, ten straciwszy równowagę głębiej się w nie wpadnie. A tego nasz mały konformista by nie zniósł.

Historia każdej epoki, to historia setek tysięcy i milionów małych, szarych konformistów, których nic od siebie nie odróżnia (tak jest dla każdego z nich bezpieczniej) i poszczególnych jednostek, które mają odwagę wynurzyć się z tłumu i zaczerpnąć świeżego powietrza, jakim każdy chciałby oddychać, lecz większość zbytnio się boi, aby spróbować go nabrać w płuca. Tych jednak, co się odważą, reszta zwie buntownikami. Tych się podziwia, ale też zazdrości się im ich odwagi i śmiałości. I zazwyczaj ta bezinteresowna zazdrość tłumu ściąga buntownika z powrotem na ziemię, a jego upadek jest tym boleśniejszy, że zaznał on już innego życia i trudno pogodzić mu się na powrót z szarością dnia powszedniego.

Zdarza się jednak, że w pewnej epoce więcej spotyka się przypadków śmiałych buntowników, podczas gdy w innej nie ma ich prawie wcale i siłą rzeczy na kartach literatury pojawiają się sami zwykli konformiści, tacy, jakich setki możemy spotkać wychodząc na ulicę.

Słynną epoką buntowników był romantyzm. Bunt został wpisany w te czasy. On był ich pierwszorzędnym hasłem Literatura niemiecka nazywa to celnie okresem "burzy i naporu". U nas, w Polsce, dodatkowo miał ten bunt prowadzić do wyzwolenia narodu. Jednak nie był to bunt do końca oryginalny, stał się, niestety, modą i jak każda moda uległ z czasem zużyciu, wyszedł po prostu z obiegu. Nim to jednak nastąpiło, nasza literatura narodowa wydała kilku buntowników, którzy przeszli do historii.

Zakres romantycznego buntu w polskim pisarstwie oznaczył Mickiewicz u progu epoki w słynnej "Odzie do młodości" W tym niemalże rewolucyjnym w wymowie utworze Mickiewicz wzywa młodych do solidarności w dziele odnowy świata. Nie będzie to jednak poprawa istniejących stosunków. To będzie rewolucyjna zmiana. Siła młodych sprawi, że świat zrzuci swą spleśniałą, narosłą przez wieki skorupę i potoczy się nowym torem. Każdy z romantycznych buntowników występujących w polskiej literaturze dążył właśnie do tego: zmienić oblicze świata. Każdy z nich zapominał jednak o tym, że Mickiewicz przeobrażenie świata ukazał jako zbiorowe dzieło młodych. Romantyczny buntownik nie oglądał się na innych, ufał w swe siły i wierzył, że nawet samotnie uda mu się dokonać przełomowych zmian.

Najsłynniejszym romantycznym buntownikiem był Mickiewiczowski Konrad z III części "Dziadów". Powstał z nieszczęśliwego kochanka Gustawa, a postawił sobie za cel ulepszyć cały świat. Czuł się do tego powołanym - był wybitnym poetą, jego poezja silniejsza była od słowa. Ona posiadała moc pierwotnej materii, z której każdy inny byt swój rodowód wywodzi. Poezja Konrada, w jego mniemaniu, równa była bożemu słowu, które istniało na początku wszystkich dziś znanych rzeczy. Konrad obserwując zło świata, które Bóg tolerował, doszedł do wniosku, że nie najlepiej urządził on ziemię. Czuł, że gdyby miał choć część boskiej władzy, potrafiłby zbudować znacznie lepszy świat, gdzie ludzie byliby szczęśliwi. Dlatego Konrad swój bunt skierował przeciw Bogu. Prosi Boga o dar rządzenia ludzkimi duszami. Prosi najpierw pokornie, kiedy zaś Przedwieczny nie odpowiada, Konrad ucieka się do gróźb. Posuwa się nawet w swym buntowniczym szale na skraj bluźnierstwa. Jednak Bóg ignoruje ziemskiego buntownika. Żaden bowiem ziemski bunt nie jest w stanie wstrząsnąć bożym majestatem. Konrad tego jednak nie wiedział. Na szczęście dla niego w celi obok czuwał skromny ksiądz Piotr, który uratował zbłąkaną duszę śmiałka przed potępieniem.

Romantyczny bunt przejawiał się jednak nie tylko w bluźnierstwie i próbach podważania religijnych dogmatów. Był również skierowany przeciw społeczeństwu składającemu się, jak już wcześniej wspomniałem, w przeważającej części z ludzi małego ducha, skłonnych do konformistycznych zachowań. Taki bunt był udziałem innego romantycznego bohatera - Kordiana z dramatu Juliusza Słowackiego.

Kordian, który na szczycie Mont Blanc spotkał się ze swoim powołaniem i doznał olśnienia, nie chciał działać samotnie. Swoim hasłem "Polska Winkelriedem narodów" podzielił się ze spiskowcami w podziemiach kościoła. Im też przedstawił swój plan zgładzenia cara, który wyciąga zaborczą rękę po świętą koronę polskich królów. Kordian spodziewał się zrozumienia i poparcia dla swego pomysłu, tymczasem spotkał się z objawami konformistycznych zachowań. Spiskowcy uznali jego plan za społecznie niebezpieczny i szkodliwy: przecież zabicie cara mogło spowodować poważne reperkusje w stosunku do Polski i Polaków. Nie chcieli się oni poświęcać. Chociaż cenili ofiarę Winkelrieda i podziwiali jego męstwo, sami wcale nie zamierzali iść śladem szwajcarskiego bohatera.

Kordian, zawiódłszy się na swych rodakach, próbuje sam wcielić swój zamysł w życie, jednak przegrywa z własną słabością. Pozbawiony moralnego wsparcia, pełen zasianych przez sceptycznych spiskowców wątpliwości w słuszność swej idei, poddaje się paraliżującemu strachowi i imaginacji. Bunt jego spełza na panewce.

Wraz z końcem romantyzmu skończyła się epoka wielkich buntowników. Pozytywizm przyniósł nową kategorię buntownika, który już bez błyskawic i grzmotów walczył z plugawą rzeczywistością. Pozytywistyczny buntownik w cichości zapadłej prowincji próbował pracą swoich rąk zmieniać zastaną przez siebie społeczną rzeczywistość. Przykładem takiego buntownika jest Tomasz Judym z "Ludzi bezdomnych", który zdecydował się poświęcić całe swoje życie najuboższym. Jednak jego służba, którą prowadził wbrew sobie i otoczeniu, nie przyniosła lepszych efektów, niż wielkie romantyczne uniesienia. Judym przegrał, tak jak Konrad i Kordian. Jeden człowiek, nawet oddawszy sprawie wszystkie swe siły, nie jest w stanie zmienić oblicza rzeczywistości.

Z upadkiem pozytywistycznej ideologii nie pozostał już żaden ślad po buntownikach. Skończyli oni źle, zmarnowali swoje życie, nikt nie spieszył się, aby ich naśladować. Do głosu doszli konformiści, którzy przetrwali i romantyzm, i pozytywizm, nauczywszy się poprzestawać na małym.

Przykładem skrajnej konformistki jest pani Dulska z tragikomedii Gabrieli Zapolskiej. Dulska wyznawała jedną życiową zasadę: swoje brudy trzeba prać we własnym domu. Święcie się tego trzymała, ukręcając łeb rodzinnym skandalom w zaciszu czterech ścian, podczas gdy na zewnątrz dbała o nieskazitelny wizerunek rodziny. Było to podłe, ale skuteczne działanie. Chociaż powodowało wiele ludzkiej krzywdy, pozwalało jednak Dulskiej żyć w szacunku bliźnich. Konformizm jest bowiem wygodny, jeśli konformiście uda się zdusić wyrzuty pogwałconego konformizmem sumienia.

Dulska nie miała problemów z sumieniem i jego wyrzutami, gdyż musiała wychować się w zakłamanej, mieszczańskiej atmosferze końca XIX wieku. Inny słynny literacki konformista, Zenon Ziembiewicz, miał jednak wyrzuty sumienia i one przywiodły go do zguby.

Za młodu Ziembiewicz był idealistą. Brzydziły go romanse własnego ojca i uległość matki, która znosiła te wybryki z iście anielskim spokojem. Ziembiewicz we wczesnej młodości był też wyczulony na ludzką krzywdę i niesprawiedliwość kapitalistycznego systemu, w którym jedni opływają w bogactwa, podczas gdy inni muszą przymierać głodem. Jednak kiedy Zenon poczuł, że dzięki drobnym odstępstwom od swych młodzieńczych ideałów może zapewnić sobie wygodne życie, zaczął popadać w konformizm. Z początku oszukiwał sam siebie, uważał, że uda mu się nie przekroczyć granicy ustępstw, zza której już nie będzie powrotu. Jednak sam nie zauważył, kiedy stał się paskudnym konformistą, który dla własnej kariery i wygody gotów był do najgorszych świństw. Gdy spostrzegł się, jak głęboko zanurzył się w zepsuciu, za późno było już na jakikolwiek ratunek. Zrujnowany w życiu politycznym i osobistym Ziembiewicz, pod wpływem nagłych wyrzutów sumienia, odbiera sobie życie.

Bo choć w każdym z nas drzemie konformista i nikt nie wymaga od nas wspinania się na wyżyny buntu wobec zła i wiekopomnego bohaterstwa, o jednym trzeba pamiętać: tego małego konformistę, który każe nam odwracać głowę od zła otaczającego nas świata, trzeba mimo wszystko trzymać na wodzy. Nie można mu się poddać, bo wtedy człowiek jest zgubiony. Jeśli zaś nauczymy się go poskramiać, kto wie, może to o nas jakiś poeta będzie nucił kiedyś mroczną, buntowniczą pieśń.