Zwyczajne życie w niezwyczajnych czasach - od "Pana Tadeusza" do "Innego świata"

Czy w niezwyczajnych czasach można wieść zwyczajne życie? I cóż oznacza pojęcie niezwyczajne czasy? Każde są po trosze niezwyczajne, choćby dlatego, że nigdy się już nie wrócą. Faktem jest jednak, że wraz ze schyłkiem XVIII wieku nastały w Polsce bardzo niezwyczajne czasy, gdyż na 123 lata znikła ona z politycznej mapy Europy.

Lecz w tych niezwykłych czasach, które w podręcznikach historii zajmują liczne strony wnikliwych analiz, toczyło się przecież całkiem zwykłe życie. Bo nie wszyscy przecież mogą walczyć o wolność czy wspinać się na szczyty bohaterstwa. Ktoś musi siać, orać, zbierać, aby ci, o których potem donoszą historyczne annały, mieli co jeść i czymś się bić. Obok tej wielkiej historii, która nadaje czasom niezwykły koloryt, toczy się normalne, zwykłe życie, do którego docierają tylko echa wiekopomnych wydarzeń.

W świecie przedstawionym "Pana Tadeusza" prawie wcale nie widać, że nie ma już niepodległej Polski. Powiem więcej, ona wciąż istnieje w pamięci i tradycji mickiewiczowskich bohaterów. Życie Soplicowa nie zmieniło się prawie wcale z chwilą popadnięcia Polski i Litwy pod zabory. Wciąż chodzi się na grzyby, na polowania, radzą szlacheckie sejmiki, pilnuje się starożytnych praw i obyczajów. W tej staroszlacheckiej obyczajowości właśnie tkwi istota polskości tamtych ziem. Dzięki tradycji i obyczajom, głęboko zakorzenionym w codziennym życiu Soplicowa ono jest na wskroś polskie, chociaż Polski teoretycznie już nie ma.

Odgłosy wielkich wydarzeń, które decydują o obliczu epoki ledwie docierają do spokojnego i cichego Soplicowa. Opowiada o nich Robak, przygotowując grunt do narodowego powstania. Wielka historia wkracza też na soplicowski dziedziniec wówczas, gdy hrabia z Gerwazym dokonują zajazdu na majątek sędziego. Wtedy to ingeruje wojsko rosyjskie, które jest wyraźnym dowodem tego, że czasy są to niezwykłe, skoro w wewnętrzne sprawy polskiej szlachty miesza się obce wojsko. Ale nawet ten epizod nie jest w stanie zakłócić normalnego, zwykłego życia w Soplicowie. Obydwie strony konfliktu - polska i rosyjska - dochodzą wspólnie do wniosku, że bitwa była w gruncie rzeczy wynikiem nieporozumienia i że lepiej ukręcić łeb sprawie, nim nabierze ona szerszego rozgłosu. Dlatego major Płut postanawia zatuszować incydent i pozwala Polakom zbyt "wsławionym" w bitwie opuścić chyłkiem litewskie granice, aby uniknęli ewentualnych represji. Widać, że w zwykłym życiu nawet wróg nie był taki straszny, jak go maluje historia i szło się z nim porozumieć.

Zwykłe życie, prowadzone nawet w najbardziej niezwykłych czasach nie lubi wielkich dramatów i literackich tragedii. Dlatego nasi dzielni wojownicy, choć zmuszeni zostali do banicji, wkrótce powracają na Litwę wraz z napoleońskimi wojskami i wszystko wraca do swego zwykłego rytmu, gdy dzień zaczynał się od karmienia ptactwa, a kończył na wieczornej przechadzce i wystawnej kolacji.

Jednak "Pan Tadeusz" jest mało miarodajnym obrazem zwykłego życia w niezwykłych czasach. Mickiewicz świadomie idealizował życie litewskiej prowincji z rozkoszą powracając myślami do szczęśliwego kraju dzieciństwa. Nie przypadkiem kończy fabułę powieści w momencie, gdy Napoleon dopiero wyrusza na Moskwę. Każdy bowiem wie, jak zakończyła się moskiewska wyprawa Napoleona i że po niej nie byłoby już tyle entuzjazmu w Soplicowie, co przed nią.

Dopiero czasy pozytywizmu dają obiektywny obraz zwykłego życia w niezwykłych czasach zaborów. Najpełniejszy obraz epoki schyłku XIX wieku odmalował Prus w "Lalce". Czytelnik szukający sensacji ze zdumieniem spostrzeże, że w tych niezwykłych czasach, gdy Warszawie najwyższą władzę sprawował rosyjski generał-gubernator, życie w dawnej stolicy Rzeczypospolitej wyglądało całkiem zwyczajnie. Ówczesna Warszawa niewiele różniła się od innych europejskich wielkich miast. Na ulicach można było spotkać zarówno wytworne damy i piękne powozy, jak i żebraków oraz nędzarzy, gdy z głównych prospektów zeszło się w dzielnice proletariatu.

Również zajęcia ludności ówczesnej Warszawy były całkiem zwyczajne. Każdy dbał o swe interesy, pieniądz był na ustach wszystkich, nawet tych, którzy go nie mieli lub tracili. Fortuny wyrastały i padały, robotnicy przymierali głodem - nic niezwykłego - typowy obraz krwiożerczego kapitalizmu końca wieku XIX. Prócz życia zawodowego, które dawało mieszkańcom miasta podstawę bytu i utrzymania, kwitło życie towarzyskie. Odbywały się dobroczynne bale i rauty, tor wyścigów konnych miał swoich bywalców, a w niedzielne południe park w łazienkach pełen był spacerowiczów zażywających relaksu.

Niezwykłość epoki odbija się gdzieś tylko głębokim echem w życiorysach niektórych bohaterów. Stach Wokulski uczestniczył w postaniu styczniowym, za co został zesłany na Sybir. Rzecki z armią napoleońską przeszedł niemały szmat Europy i dziś jest wielkim miłośnikiem cesarskiej legendy. Lecz są to wspomnienia odległe, tak dawne, że nikt sobie nimi, prócz starego subiekta, głowy nie zaprząta. Polska końca wieku XIX, mimo że znalazła się w niezwykłym położeniu politycznym, prowadziła w przeważającej mierze jak najzwyklejsze życie.

Ów fakt prowadzenia przez Polaków zwykłego życia w tak niezwykłych czasach położył się głębokim cieniem na życiu niektórych bohaterów, którzy nie chcieli odcinać spokojnie kuponów od względnej stabilizacji politycznej i gospodarczej, gdy w ojczyźnie było tyle rzeczy do zrobienia. Młodzi pozytywiści próbowali tak pokierować swym zwykłym życiem, aby obróciło się ono na pożytek całego społeczeństwa. Nie wszystkim się to jednak udało.

Do tych, którym się powiodło zalicza się Witold Korczyński z programowej powieści Elizy Orzeszkowej "Nad Niemnem". Witold zaraża swym młodzieńczym entuzjazmem ojca i zupełnie zwykłe życie w ojcowskim Korczynie nabiera nowego blasku, choć nie traci wcale swej powszedniości. Po prostu, pod wpływem nowoczesnych pomysłów Witolda wyniesionych ze szkół, staje się lepsze i bardziej znośne, ale wciąż zwykłe. Witoldowi udała się reforma jego otoczenia, gdyż była to mała, hermetyczna społeczność, której głównym mankamentem była wyrosła przez lata nieufność między zaściankiem a dworem, a nie rzeczywiste, głębokie konflikty społeczne i ekonomiczne.

Tym, którzy próbowali jednak zmieniać cały świat, a nie rodzinny majątek i najbliższe okolice, nie szło już tak dobrze. Takim był doktor Judym z "Ludzi bezdomnych" Żeromskiego. Zdecydował się poświęcić swoje życie służbie potrzebującym. Nie było to w sumie nic niezwykłego, przecież lekarz powołany jest do służenia ludziom. Jednak brak granic poświęcenia Judyma spowodował, że zmarnował on swoje osobiste życie. A mógł je przecież wieść zupełnie normalnie, czasy przecież na to pozwalały.

Niewiele zmieniło się zwykłe życie po ustaniu zaborów. Czas wciąż był niezwykły, Polacy przecież zdążyli już odwyknąć od posiadania własnego państwa. Po Europie przetoczyła się wielka wojna, w Rosji z nieopisaną siła wybuchła rewolucja, wszyscy zadawali sobie pytanie, dokąd zmierza świat, który zdawał się tracić sens i logikę. To pytanie, tylko w trochę mniejszej skali, odnoszącej się ledwie do rodzinnego kraju, stawiał sobie również Żeromski. Próbował dać na nie odpowiedź w "Przedwiośniu".

Powieść opisuje młodą powojenną Polskę i życie, jakie w niej wiodą różni ludzie. A było to życie całkiem zwykłe, choć czas był niespokojny. Ziemiaństwo skostniało zupełnie w swych feudalnych formach, nie zauważając, że świat nieuchronnie prze naprzód. Na prowincji tego widać nie było. Panowały patriarchalne stosunki pańsko-poddańskie. Szlachta spędzała czas na zabawach i jedzeniu, lekceważąc wyzwania i zagrożenia, jakie niosła epoka.

W Warszawie życie też szło zupełnie zwyczajnym trybem. Grupka entuzjastów z kół rządowych proponowała stopniowe, racjonalne reformy, podczas gdy prześladowani komuniści na tajnych zebraniach snuli plany wzniecenia ludowej rewolucji. Nic jednak nie wynikało z tej sytuacji. Polska tkwiła jeszcze w letargu, to było jej przedwiośnie, które dopiero przerodzić się miało w jakąś inną, bardziej charakterystyczną epokę.

Niestety, nigdy nie dane się było Polakom dowiedzieć, co wyłoniłoby się z owego przedwiośnia. Nadeszła druga wojna światowa, która diametralnie zmieniła rzeczywistość i spowodowała, że czasy znowu stały się niezwyczajne. Można w nich było wieść w miarę normalne życie, bowiem wojna nie wszystkich dotknęła bezpośrednio. Niemniej, wojenne życie nigdy nie było takie, jak przed jej wybuchem. Zawsze czaiło się jakieś potencjalne niebezpieczeństwo, które mogło spaść na człowieka w najmniej oczekiwanym momencie.

Nie było zaś już mowy o zwyczajnym życiu w świecie obozów koncentracyjnych czy sowieckich łagrów. Nawet bohater Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, który w łagrze za wszelką cenę starał się ocalić swoje zwykłe humanistyczne wartości, nie wiódł w nim zwykłego życia. Bo nie można wieść zwykłego życia w świecie, gdzie człowiek przestaje być powszechnie szanowaną wartością. To jest granica niezwykłości świata, której przekroczenie definitywnie uniemożliwia prowadzenie zwyczajnego życia. Życie bohatera "Innego świata" było tylko marną namiastką zwyczajności. To, że wystarczyła mu ona do zachowania własnego człowieczeństwa, to już zupełnie inna historia.