Kompromis nie jest wyrazem słabości człowieka. Kompromis świadczy o wielkiej dojrzałości. Jednak nie każdy potrafi go osiągnąć. Do tego doprawdy potrzeba mistrzowskiej znajomości życia, ludzi i siebie samego.
Niektórzy są skłonni nazywać swe porażki kompromisami. Tak jest im po prostu wygodniej. Zawsze lepiej powiedzieć, iż zawarło się kompromis, niż że uległo się komuś innemu. Wielokrotnie słyszymy o tego typu kompromisach. Ktoś może zdecydować się na kompromisowy zakup cegły w ciemnościach. Jakiś bank zawiera kompromisowy układ z upadającym przedsiębiorstwem. To nie są kompromisy. To są ustępstwa wymuszone przez sytuację. Kto zdecyduje się odmówić rosłemu drabowi w ciemnej uliczce, gdy ten zaoferuje nam zakup brukowca po niezwykle atrakcyjnej (dla niego) cenie? Jaki bank zezwoli spokojnie, aby jego poważny dłużnik ogłosił upadłość i stał się niewypłacalny? W tych przykładach mamy do czynienia z nierównością stron. Złoczyńcy jest wszystko jedno - on nas i tak ograbi, siłą lub tylko przy pomocy "perswazji". Dłużnikowi też jest wszystko jedno - albo stanie się bankrutem, albo będzie funkcjonować, jeśli jego wierzyciel mu na to pozwoli. Nam zaś zależy na życiu i zdrowiu, a bankowi na jego pieniądzach. Z dumą więc zawrzemy kompromisową transakcję kupna, a bank zawrze ugodę ze stojącym na skraju bankructwa dłużnikiem.
Zdarzają się też w życiu sytuacje, w których kompromisy nie są możliwe do zawarcia. Nie sposób pogodzić na jakichkolwiek warunkach ognia z wodą. Nie da się także pogodzić własnego sumienia z własnymi amoralnymi czynami. Takiej sztuki próbował dokonać Zenon Ziembiewicz. Nie mogło mu się to powieść.
We wczesnej młodości był on postępowym idealistą. Irytował go konserwatyzm ojca i jego podwójna moralność. Nie rozumiał, jak jego matka mogła wytrzymywać obłudną atmosferę w domu, który aż huczał od plotek na temat ojcowskich romansów. Młody Zenon z ufnością patrzył w przyszłość. Kierował się uczciwością, sprawiedliwością, był szczery, otwarty i bezgrzeszny.
Pewną rysę na jego krystalicznej osobowości kładzie nawiązany podczas wakacji romans z Justyną. Przeczył on bowiem w swej istocie wcześniejszym zapatrywaniom Zenona na stosunki damsko-męskie. Nie znosił on przecież tak bardzo miłostek ojca. Swój związek z Justyną traktował jako przelotny romans. Kładł go na karb wakacyjnych okoliczności i swoich naturalnych fizjologicznych potrzeb. Nie zwodził kochanki żadnymi obietnicami. Wyraźnie wręcz oświadczył jej, ażeby niczego się po tym związku nie spodziewała. Wobec wszystkich tych faktów Zenon czuł się wewnętrznie usprawiedliwiony i rozgrzeszony. Tymczasem w rzeczywistości uczynił krok bardzo niebezpieczny. Sam udzielił sobie dyspensy od swych wcześniejszych ideałów. Przekreślił ich sens i wartość. Zadał kłam swojej wcześniejszej moralności.
Po tym szczęśliwym (bo nie odbijającym się w żaden sposób na moralności Ziembiewicza) romansie nabrał on przekonania, iż właściwie bez szwanku można godzić niecne uczynki z wyrafinowaną moralnością. Tu leży błąd w postępowaniu Zenona. Nie ma bowiem kompromisu między sumieniem a grzechem. Tych wartości w żaden sposób pogodzić nie można. On jednak tego nie dostrzegał.
Aby kontynuować studia za granicą zdecydował się pisać dla gazety Czechlińskiego, którą wcześniej pogardzał, polityczne artykuły. Wydawało się Ziembiewiczowi, iż za to drobne nadwyrężenie własnych ideałów, zdoła on sobie zapewnić spokojne studia za granicą. Owszem, wyjechał z kraju i kontynuował naukę. Gdy jednak powrócił, bezwiednie popadł w zależność od Czechlińskiego i środowiska burżuazyjnego, które wcześniej tak krytycznie postrzegał. Ambicja i żądza zrobienia kariery zwyciężyły w Ziembiewiczu dawne uprzedzenia. Ponadto uważał, iż uda mu się po zbliżeniu do tego środowiska zachować dawne ideały.
Ziembiewicz awansował bardzo szybko. Coraz też szybciej uzależniał się od ziemiańsko- burżuazyjnego środowiska. Chcąc nie chcąc, stawał się narzędziem ich polityki i wyrazicielem ich poglądów. Rodziło to w Ziembiewiczu pewne moralne opory, lecz wizja błyskotliwej kariery była dla niego silniejsza i tłumił wyrzuty sumienia, brnąc coraz głębiej w nieprzyjazną sobie rzeczywistość. Wciąż łudził się, że uda mu się zachować swój własny system moralny.
Kiedy doszedł do godności prezydenta miasta, początkowo wydawało mu się, iż wreszcie będzie mógł działać wedle własnego planu. Przestał być podwładnym, zyskał niezależne, kierownicze stanowisko, które teoretycznie dawało mu szerokie uprawnienia. Z początkiem swej kadencji zaczął działać zgodnie ze swym planem i swymi przekonaniami. Rozpoczął budowę domów dla robotników, zagospodarował nadbrzeżne nieużytki i urządził na nich park rekreacyjny. Szybko jednak wyszło na jaw, że samodzielność prezydenta Ziembiewicza jest tylko pozorna. Wstrzymano środki finansowe na ukończenie domów dla robotników, gdyż nie podobało się to miejscowej finansowej elicie. Ziembiewicz, będąc prezydentem, tak samo uwikłany był w zależności od ziemiaństwa i finansjery jak wówczas, gdy zaczynał swą karierę, jako redaktor gazety.
Na stanowisku prezydenta Ziembiewicz dotkliwie odczuł skutki swoistego rozdwojenia jaźni. Co innego chciał robić, co innego robić musiał, poddawany nieustannym zewnętrznym naciskom. Stawał się nerwowy, nie czuł się pewnie na tym eksponowanym stanowisku. Dopiero teraz w pełni okazało się, iż kariera Ziembiewicza to żaden kompromis, to powolne staczanie się po pochyłej równi. Z ideałów, jakimi kierował się w młodości, nie pozostało nic. Zenon czuł się wewnętrznie wypalony i zbrukany. Z wrażliwego człowieka, który nie godzi się na żadne zło, stał się cynikiem, który zimno wykorzystuje każdą okazję do polepszenia swojej pozycji i swego prestiżu.
W przypadku Ziembiewicza nie może być mowy o żadnym kompromisie. Nie osiągnął go ani na polu zawodowym, ani w życiu prywatnym. Był on człowiekiem słabym, który wobec wyzwań życia łatwo nagina swoje poglądy, miast stawić tym wyzwaniom czoła. Jego polityczna kariera czy też romans z Justyną kontynuowany pod bokiem Elżbiety, świadczą o jego słabości. Ziembiewicz nie umiał mówić sobie nie. Nie potrafił dostrzec cienkich moralnych granic, zza których nie już powrotu do godnego życia. Oszukiwał sam siebie, mimo iż sumienie głośno i dobitnie nakazywało mu porzucić dwuznaczne moralnie zachowanie.
W przypadku Ziembiewicza nie należy mówić o kompromisie. Jego historia to ukazanie zgubnych skutków konformizmu, który każe godzić moralność z wątpliwą pod względem moralnym karierą. Kompromis to efekt mądrości i rozwagi. Żeby go osiągnąć, trzeba znać granice, których nie wolno w nim przekroczyć i po osiągnięciu których trzeba powiedzieć "nie". Tymczasem Ziembiewicz łamał wszelkie moralne bariery w pogoni za życiem lekkim i przyjemnym, ufając w swym pozbawionym wyobraźni zaślepieniu, że w tej pogoni nie utraci swych cnót. Nie było to jednak możliwe i nigdy możliwe nie będzie. Przekonał się o tym boleśnie Ziembiewicz i niejeden jeszcze karierowicz się o tym przekona, jeśli zechce podążyć jego śladami.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiały przeznaczone wyłącznie do użytku osobistego. Publiczne udostępnianie w jakikolwiek sposób bez zgody podmiotu uprawnionego jest zabronione.